Trochę po trochu ;)

Cześć!

Nie mogłam zdecydować się na temat notki. Najpierw myślałam, że może coś o halloween. Ale nie- nie mam żadnych zdjęć z halloween, a trzeba by dać jakieś zdjątka. Znaczy mam kilka zdjęć z dyniami na halloween, ale one są już stare...
Potem pomyślałam, że może zdjęcia moich psów. No tak, ale które? Mam mnóstwo zdjęć moich zwierzaków, chyba z 20 folderów zapchanych nimi ;) Muszę zrobić osobny folder do wszystkich folderów ;)
W końcu postanowiłam, że ta notka będzie o wszystkim po trochu. Jak tam przygotowania do upiornego święta? Macie już przebrania? Ja nie i nie wiem czy będę w tym roku chodzić. Zastanawiam się, jak wyprawić do święto moim czworonogom. Może w zoologicznym coś jest? Nie no, ale trzeba pomyśleć już nad prezentem na gwiazdkę dla psów ;) A ja zawsze dla moich zwierząt coś kupuję: zabawki, smakołyki, rok temu Tara dostała kość z napisem "Wszystkiego najlepszego!", a Tropek zabawkę i taką miękką kostkę dla starszych psów, bo on ma już słabe zęby. A Lili dostała suszone owoce leśne. A patyczków jeszcze nie było ;)
Ok, dodam trochę zdjęć (nie kopiować!):
"O, robią mi zdjęcie!"

"Leżę sobie"

"Kto tu był? Czuję jakiś podejrzany zapach! Lepiej to sprawdzić!"

"A co tutaj jestem taka smutna?"

"Z kwiatkiem mi do twarzy"

"Jak ja lubię pozować do zdjęć. I... uśmiech!"

A tutaj pieski sobie leżą...

Moje jęzorki ;)

"Moja zabawka! Nie dam!"

Jak modelka...

A co to za mina?

Zbliżenie...

"Pobawimy się???"

Cudowna...

"O widzę, że coś tam niesiesz. Czy to jakieś smakołyki?"

Mój wesołek :*





To tyle. Mam nadzieję, że zdjęcia ładne :)

TM [*]

I dzisiaj nadszedł ten smutny temat, gdy trzeba napisać o zwierzakach za TM. A nazbierało ich się prawdę mówiąc… Muszę napisać ten temat, bo mimo, iż Wszystkich Świętych jest świętem religijnym, a religia chrześcijańska nie uznaje duszy u zwierząt, to one mają duszę i im też należy zapalić znicz na grobie. Jak tak robię w każdym razie… Nie będę pisała całych historii tych zwierząt, ponieważ za dużo by to zajęło czasu. Więcej oprócz tych na dole sobie nie przypominam…

Sara- sunia owczarka niemieckiego, która mieszkała u nas kilkanaście lat. Odeszła, gdy miałam 6 lat, po cichu, nie robiąc mi krzywdy…

Timur- to syn Sary, jednak odszedł od nas o 4 lata szybciej od mamusi, z powodu choroby…
Pusia- to kot, którego mamę uratowałyśmy z kuzynką, gdy jeszcze była mała. Pusia urodziła się rok po znalezieniu kotki, trafiła do mojego domu (jej mama mieszkała u kuzynki) i niestety otruła się czymś u sąsiadów, i odeszła mając pół roku…

Diabełek- to chomik wzięty ze szkoły na ferie zimowe. Miał niecałe 2 lata, ale był nadpobudliwy i umarł we śnie…

Milusia- to siostra Pusi, odeszła w tak młodym wieku jak jej siostra, najechał ją samochód…

Spajderka- to również kotka z tego samego miotu co Milusia i Pusia, najechał ją samochód… Była z Milusią u sąsiadów mojej kuzynki, oni ich nie dopilnowali i skończyło się tak jak się skończyło…

Adik- to owczarek niemiecki. Nie znałam go dobrze, wiem, że moja ciocia dostała go od jakiegoś pana, który go znalazł. Miał na imię „Apsik”, ponieważ pierwszy raz gdy ten pan go spotkał pies kichnął. Jednak moja ciocia zmieniła imię na Adik. Piesek odszedł ze starości…

Łatka- to suczka mojej kuzynki, odeszła już bardzo dawno, najechał ją samochód… 

Dingo- to piesek ze schroniska, którym się opiekowałam. W czasie mojej nieobecności w przytulisku Dingo wyrwał się ze smyczy, właściwie zepsuł się karabińczyk, pieska potrącił samochód. Niby wszystko było dobrze, potem zaczęły się komplikacje z nogami i piesek zmarł…

Murzyn- odszedł niedawno, we wrześniu. Był w schronisku, ze starości nie mógł chodzić na własnych nogach, aby nie cierpiał go uśpiono…

Wiem, to może dziwne, że opiszę teraz trochę inne zwierzę niż pies, kot czy jakiś gryzoń. Opiszę ćmę. Może to i śmieszne- użalać się nad ćmą. Ale ja znałam tą ćmę i choć wiedziałam, że długo nie przeżyje przywiązałam się do niej. 

Hades-Zeus- ćma, którą uratowałyśmy z koleżanką spod szkolnego krzesła. Przeżył u mnie dłużej niż myślałam, aż 3 dni. Nie mógł jeść, ani pić, ale wciąż próbował podnosić się na swoich małych nóżkach. Był wytrwały i za to go cenię…Został pochowany w mini-trumnie, w parku...

Pa! Jeszcze nie wiem o czym będzie następna notka, zastanowię się :)

Coś więcej o patyczakach



Cześć!
Przepraszam, że nie pisałam tydzień, ale byłam chora i nie miałam siły. Dzisiejsza notka jak obiecałam jest o patyczakach. Zdjęć jeszcze nie mam, muszę te ładne wgrać dopiero do komputera ;) Następna notka będzie dość smutna, bo będzie dotyczyła zwierzaków, które znałam i, które odeszły za TM…
A więc o patyczakach. Zaczęło się właściwie od tego, że przeczytałam o straszykach w książce o zwierzętach domowych. Niby to było o straszykach- a dali zdjęcie patyczków. Nie od razu chciałam takie mieć, przyznam się, że na początku się nimi brzydziłam. Po pewnym czasie oglądania zdjęć, zdecydowałam, że to właściwie dobre i mało wymagające zwierzątka do obserwacji. Porozmawiałam z rodzicami. Nie od razu dali się przekonać. Jednak, gdy wytłumaczyłam im, że patyczaki nie żyją długo, nie są wymagające i wystarczy im jeden listek dziennie zgodzili się. Miałam po nie jechać na wiosnę. Wstępną datą był 20 kwietnia. I tak od „źródeł” dowiedziałam się o sklepie zoologicznym, gdzie te stworzenia sprzedawają. Otrzymałam wizytówkę, byłam tam też raz zajrzeć. Dowiadywałam się o patyczakach wszystkiego, znalazłam o nich forum, mnóstwo blogów i innych stron. Zadzwoniłyśmy z mamą do sklepu zoologicznego. W telefonie odezwał się męski głos. Po odłożeniu słuchawki, okazało się, że 15 to minimalna liczba do kupna. Nie od razu zdecydowałyśmy, że bierzemy tyle. Sprzedawca powiedział, że zapyta się jeszcze, czy można mniej. Niestety- ilość 15 była ostateczna. Tak więc 21 kwietnia jechałyśmy po te stworzonka (miało być 20, ale 21 to była sobota, no, a 20 byłam w szkole). Zabrałam trzy słoiki, bojąc się, że patyczki nie będą w żadnym pojemniku, tylko np. w terrarium. Okazało się, że były w małym pojemniczku ok. 10cmx5cm, do tego bardzo niskim. Kilka patyczaków odeszło w transporcie, kilka wydałam, kilka odeszło u mnie i w sumie mam 5. Było wiadomo, że wszystkie nie przeżyją, dlatego sprzedają je taką liczbą ;) Mieszkają sobie w ogromnym słoiku, mam same samice, więc wkrótce spodziewam się potomstwa. Teraz mają ok. 5 mm grubości i 10 cm długości ;) Uwielbiam je obserwować, chociaż jedzą i w ogóle żyją tylko w nocy, w dzień… śpią ;)
Pa!

Coś więcej o Lili


Hejka!
Dzisiejsza notka będzie dotyczyła mojego króliczka Lili.
Lili jest królikiem miniaturką rasy lew. Ma cudowne ubarwienie i oczywiście osobowość. Umie nawet sztuczkę, która polega na obracaniu się w kółko. Ma 4 lata. Mieszka w dość dużej klatce, a gdy jest ciepło wykładamy ją na dwór, na wybieg. Ma tam domek i dużo trawki do jedzenia! Ulubionym pokarmem Lili jest marchew i jabłko, uwielbia również gałązki brzozowe, które pomagają jej spiłować ząbki. Jest spokojna, ale bardzo szybko biega i wysoko skacze! Jak to królik :) Często kładzie się na boku, a to oznacza, że jest szczęśliwa. Uwielbia głaskanie, najbardziej po czole i grzebiecie. Nie przepada za tym, jak ktoś dotyka jej dwu-kolorowych uszu. Jest wyjątkowym królikiem, bo oprócz różnych barw uszu ma też inne kolory oczu. Jej jedno oko jest czarne, a drugie niebieskie. Miała tak od urodzenia. Każdy kto do nas przyjeżdża, dziwi się, że Lili jest taka duża jak na miniaturkę. Ale dla mnie nie jest wcale jakaś ogromna, jest po prostu średnia. Nie raz widziałam większe króliki. To chyba tyle o Lili, no cóż, o króliku nie da napisać się tyle co o psie. Uwielbia moją królisię i zawsze będę ją kochać!

Pa! Ps. Jutro o patyczakach :)

Coś więcej o Tarze




Cześć!
Dzisiejsza notka jest poświęcona mojej suni Tarze, o której już Wam trochę streściłam. A i zapomniałam napisać, proszę o niekopiowanie zdjęć, które tutaj daję, są w całości moje, jeżeli nie piszę ich na końcu notki ich źródło. Notkę napisałam już wczoraj, niestety nie wiem dlaczego się nie dodała. Dzisiaj notka o Tarze, następna będzie o Lili, potem o patyczakach, a potem… jeszcze zobaczymy :)
Tara z moim tatą. Po prostu go uwielbia!
Więc Tara jest psem w typie owczarka niemieckiego. Ma 5 lat, jest energiczna, ale potrafi wyczuć sytuację w której musi być spokojna. Ma całkiem inny temperament niż Tropek. Lubi poszczekać na obcych, ale gdy może obok nich przebywać jest łagodna jak aniołek. W czasie linienia musimy ją codziennie wyczesywać, czyli w okresie wiosenno-letnim i teraz, gdy zmienia sierść na zimową. Jest wybredna wobec jedzenia, je tylko firmowe smakołyki. Jednak w odróżnieniu do Tropusia uwielbia jeść warzywa, najbardziej marchew i kalarepkę. Czasem zje też jabłko, które spadło z naszej jabłoni. Dziwne jest to, że wybiera sobie tylko te w całości zielone, te czerwone zostawia nadgryzione na trawniku. Nie pogardzi też ryżem czy zupką. Jej ulubionymi formami rozrywki są zabawy w ogródku. Pisałam już w poście o Tropku jak pod budą znalazło się 6 starych piłek. Jedną z nich była różowa piłka, która była pierwszą zabawką Tary, jeszcze ze szczenięcych lat. Tak się do niej przypięła, że nie opuszcza jej na krok. Czyżby przypomniał jej się szczenięce lata? Tarcia uwielbia chodzić na długie spacery, albo biec obok rowerów. Czasem z tatą chodzimy razem z nią na spacery na pole, wtedy ją spuszczamy i cieszy się jak nie wiem. Nie oddala się od nas, zna wiele komend: „siad”, „daj łapę”, „do nogi”, „zostań”, „aport”, „leżeć”… Ćwiczymy też agility, ale chyba nie za bardzo podchodzi jej do gustu. Do jej tresury używamy klikera, a właściwie ja używam, bo to ja ją tresuję :) Tara stanowczo nie zgadza się z innymi zwierzętami, toleruje i uwielbia tylko Tropka, bo z nim została wychowana i traktuje go jak „starszego brata”. Oprócz niego najchętniej potraktowałaby koty sąsiadów jak zabawki. Na szczęście wszystkie koty z okolicy widzą, że nie warto wchodzić tam, gdzie jest szczeka pies i omijają naszą posesję długim łukiem. No co jeszcze o Tarze wiedzieć musicie? Tara panicznie boi się jazdy samochodem, gdy jeździmy samochodem na szczepienia ona skacze na wszystkie ściany samochodu i na siedzenia, albo liże szyby… Dlatego czasem staramy się jej oszczędzić tego stresu i dzwonimy po weterynarza, żeby zaszczepił psy na miejscu.
To chyba tyle. Do jutra!

Coś więcej o Tropku


 Hej!


Dzisiaj dowiecie się trochę więcej o Tropku. Jak wiecie z poprzednich notek, Tropek to mały, czarny kundelek. Czasem bywa uparty. Nie zna wielu komend, umie jedynie przychodzić na dźwięk swojego imienia. Ma śliczną obrożę parcianą, czarną w kolorowe wzorki i skórzaną smycz, która towarzyszy mu od najmłodszych lat. Kiedyś przy smyczy był dzwoneczek, na którego dźwięk Tropuś podbiegał do mnie sądząc, że zaraz wyjdzie na spacer. Dzwoneczek niestety odpadł, ale radość Tropka z wychodzenia na spacer została taka sama. Latem Tropuś mocno linieje jak na tak małego psa. Trzeba go wtedy wyczesywać, co zresztą bardzo lubi. Tropek mieszka na dworze, ma swój własny kojec z dwoma budami. Jedna z bud należała kiedyś do Sary (owczarek niemiecki). Po jej śmierci miała zamieszkać tam Tara, lecz tak przyzwyczaiła się do chodzenia wśród ludzi, że na ogródku w kojcu się nudzi. Ma swoją własną budę w innym miejscu. Tropek ma 9 lat i uwielbia podróżować samochodem. Nigdy nie przeszedł żadnych poważnych chorób, kiedyś miał skręconą łapkę, ale szybko mu to minęło. Wiele lat szukałam ras, których mieszańcem jest Tropek. W końcu stwierdziłam, że ma coś z jamnika długowłosego (długość ciała, nieowłosione uszy) i ze szpica miniaturowego (ogon, rodzaj sierści). Nie wiem, czy mam rację. W każdym razie tak sądzę. Tropuś uwielbia jeść. Był rok, gdy miał nadwagę, na szczęście szybko sobie z tym poradziliśmy i dzięki temu piesek ma wspaniałą linię. Ma swoją wspaniałą kolekcję zabawek, co chwilę trzeba mu kupować nowe, bo albo jego przyjaciółka Tara jakieś rozgryzie, albo on ją gdzieś zakopie czy zgubi. Kiedyś znalazłam jedną z jego zabawek na polu znajdującym się z drugiej strony ulicy, a przecież on nigdy nie biega luzem... To zagadka nierozwiązana :) Ostatnio tata robił porządki i podnosił jedną z bud. Okazało się, że tam zostało schowanych aż 6 zabawek i to jeszcze z lat gdy Tara była szczeniaczkiem! Tropek pod budą wykopał sobie dziurę, do której wchodzi w upalne drzwi aby się ochłodzić. Wpuściłabym go do baseniku, ale on panicznie boi się wody. Oprócz tego jego lękami są grzmoty, fajerwerki i wszystko co związane z hałasem. Piesek uwielbia pieszczoty, zwłaszcza po brzuszku. Gdy tylko mnie widzi, podkłada mi się pod nogi i leży na pleckach merdając ogonkiem, dopóki nie zacznę go głaskać. Jest kochany i nigdy nie zamieniłabym go na innego pieska.

Jutro coś więcej o Tarze! Pa!

O psie i o kocie...

Cześć!

Dzisiaj opowiem Wam historię o zwierzaczkach, które znalazłam. Zacznę od kota.

Byłam na wsi u kuzynki. Szłyśmy ze sklepu. Zobaczyłyśmy małego kotka ze zranioną łapką. Wzięłyśmy go na ręce, on nie protestował. Tego dnia chyba z godzinę chodziłyśmy po całej wsi, pytając każdego "Chce pan/pani kota? A może zaginął panu/pani taki maluch?". Każda odpowiedź brzmiała "Nie!". Niektórzy nie ucieszyli się na nasz widok i wyganiali nas gdy nie zdążyłyśmy nic powiedzieć, inni głaszcząc kotka tłumaczyli do kogo może należeć. Właściciel się nie znalazł. Kot zamieszkał u kuzynki, ja przywoziłam mu karmę. Otrzymał (a właściwie otrzymała) imię Kicia. Po roku Kicia zaszła w ciążę. Przyszykowaliśmy jej skrzyneczkę umoszczoną siankiem, którą położyłyśmy w piwnicy. Kuzynka powiedziała mi w szkole, że urodziły się 3 maleństwa. Przyjechałam tam jak najszybciej. Na świat przyszła Milusia (najmniejsza, czarna pręgowana, drobna, nieśmiała), Spajderka (szara pręgowana, pełna energii, największa i najcięższa, wszędzie było jej wiele) i Pusia (średnia, umiarkowanie energiczna, brązowa pręgowana). Pusia miała trafić do mnie gdy maluchy będą już mogły opuścić mamę. Spajderka i Milusia miały iść do sąsiadów kuzynki. Gdy urosły wzięłam Pusię, ona szybko się u nas zadomowiła. Pozostałe kotki też chętnie mieszkały w nowym domu. Niestety, w podobnym czasie stała się... poczwórna tragedia. Moja Pusia otruła się trutką na myszy u sąsiada. Gdy ją taką zobaczyłam... och, trudno opisać jak się czułam. Spajderkę i Milusię przejechało auto, no a Kicia... nie wiem. Kicia zniknęła bez słowa, właściwie bez miałknięcia. Ale nigdy nie zapomnę tej kociej rodzinki. Wszystko to stało się w 2009 roku.

Teraz opowiem Wam o psie. Historia o Astrze jest mi bliższa, bo stała się tego roku we wakacje i trochę przed nimi. Właściwie znalazłam ją w czerwcu, dokładnie 17 w Boże Ciało. Jechałam rowerem do schroniska. Obok dobrze mi znanej posiadłości gdzie znajdował się uroczy owczarek niemiecki Borys siedział jeszcze jeden pies tej rasy. Siedział na chodniku, tuż pod płotem. Postawiłam rower i wyciągnęłam do psa rękę. Ten tylko podkulił ogon i cofnął się do tyłu. To był okropny widok. Zmizerniałe, pokołtunione, brudne i chude coś, trzęsące się z lękiem i uciekające od człowieka. Pobiegłam po mamę. Zostawiłam rower, rzuciłam wszystko. Na działkę przyjechał akurat właściciel Borysa. Zapytałyśmy go z mamą czy ten pies należy do niego. Odpowiedział, że nie. Chodzi tu od rana, on dał mu pić i tak tu został. Obiecał, że zgodzi się przechować go do jutra, a ja pojadę do schroniska i załatwię wszystko z panią. Niestety, kojce były przepełnione, a nie wiadomo było jak owczarek zareaguje na inne zwierzęta. Po powrocie ze schroniska razem z koleżanką pojechałyśmy w miejsce gdzie pies poprzednio się znajdował. Nie znalazłyśmy go jednak. Jeździłyśmy rowerami po okolicy pytając przechodniów czy nie widzieli owczarka niemieckiego. Wróciłyśmy na miejsce, ale ja wciąż wierzyłam, że on się znajdzie. I był. Schował się za krzakami. Pobiegłam do domu po smakołyki. Karmiłyśmy go nimi, mówiąc spokojnym głosem. Udało się. Po godzinnej "terapii" sunia (bo okazało się, że to ona) była na smyczy i razem szłyśmy do mojego domu. Kilka nocy przenocowała na placu mojego taty, pogryzła kilka smyczy i zawsze gdy człowiek odchodził płakała i skomliła. Kiedyś robiła tak przez całą noc... Kilka dni później udałyśmy się z nią do weterynarza. Astra została zaszczepiona i zbadana. Oprócz zapalenia ucha, które w mig wyleczyliśmy nic jej nie dolegało. Myśleliśmy, że to niespełna roczny pies. Mam sunię tej rasy w domu i była dwa razy większa od Astry. Okazało się, że sunia ma 6-8 lat, a jej niski wzrost wynika z niedożywienia przez poprzedniego właściciela. Prawdopodobnie służyła do rozrodu w jakiejś pseudo-hodowli. Z moją sunią nie zgadzała się od początku, Tropka tolerowała. Niby wszystko zaczęło wychodzić na prostą, aż zaczęły się kłopoty... Astra zaczęła ciągnąć na spacerze, całkowicie ignorować polecenia ludzi. Nie była wobec nich agresywna. Niestety, wobec Tropka tak. Z zazdrości zaatakowała tego 9-letniego pieska, chwytając za gardło i wlokąc po ścieżce. Mama usiłowała je rozdzielić, a ja stałam blada i znieruchomiała, krzycząc przez łzy: "Astra puszczaj! On już nie żyje...!". O dziwo Tropek wyszedł z tego cało, z lekkim odrębkiem psychicznym. Przez pierwsze dni słysząc szczeknięcie Astry zawijał się w kłębek i piszczał. Oddaliśmy Astrę do schroniska, nie było innego wyjścia. Wiedziałam, że i ja ją i ona mnie, będziemy niepotrzebnie narażać się na stres i w schronisku ma szansę znaleźć opiekunów bez innego psa. Miałam rację. Po godzinie pobytu w schronisku zjawili się ludzie chętni adoptować owczarka niemieckiego. Była jeszcze Messi, ale oni wybrali Astrę. Musiałam wejść do samochodu, aby ona do niego wskoczyła. Nigdy nie zapomnę jak na mnie spojrzała gdy wyszłam, a ją trzymał obcy chłopak. Patrzyła na mnie bezradna, a ja starałam się utrzymać łzy, żeby nie płakać. Była u nas miesiąc, a ja zdążyłam się do niej przywiązać, jakby była kilka lat... Mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś odwiedzę. Spójrzcie jak wyglądała, gdy ją znalazłam:
Po umyciu w szamponie zapisanym przez weterynarza, poucinaniu kołtunów, wyleczeniu uszu i kilku spacerach wyglądała tak:
Kota zdjęć nie mam, ale napiszę, że miał barwę biało-brązową. Astrę i Kicię (oraz jej dzieci) zapamiętam na zawsze i zawsze będą w moich sercach.

Pa!